Pokochać świat…

Pokochać świat… hmmmm… szum drzew w letnie popołudnie… śpiew ptaków o świcie… zapach nadchodzącej wiosny… docenić to wszystko, zatrzymać się na chwilkę i poczuć się jednością z przyrodą, albo przysiąść na ławce w centrum miasta… popatrzeć, jak ludzie przemieszczają się… jak każdy goni za swoimi sprawami… świadomość, że każdy jest wyjątkowy, że różnimy się od siebie… że wystarczy mały życzliwy gest, taki zwykły uśmiech, a twarz obcej osoby rozpromienia się…

20150803_203628Cudowne uczucie, poczucie spokoju i harmonii. Tylko co zrobić, aby je uzyskać…?
Nic prostszego – wystarczy pokochać siebie. A może to wcale nie jest takie proste? No właśnie… jak pokochać siebie? A w ogóle, co to znaczy kochać siebie? Czy to wypada? Czy nie będę wtedy egoistą albo narcyzem?
I tu się pojawia problem.
Mam wrażenie, że jest to problem w wielu polskich rodzinach. W moim domu rodzinnym, pomimo starań rodziców o to, żeby mi zapewnić fajne dzieciństwo czy dobrą przyszłość, nie nauczyłam się, jak bezwarunkowo kochać siebie. Uważam, że duży wpływ na funkcjonowanie polskich rodzin wywarł komunizm, gdzie wszystkiego brakowało, a więc rodzice po jego upadku postanowili zapewnić swoim dzieciom to, czego sami nie mieli. Moim zdaniem, lata ’90 były bardziej skierowane na to, aby mieć niż być, a co najgorsze – wielu ludzi nie zdawało sobie z tego sprawy. A może nadal tak jest… U mnie wyglądało to tak, że rodzice starali się zapewnić mi wszystko co było na czasie (komputer, nowy telefon komórkowy), stawiali mi wysokie oczekiwania jeśli chodziło o moją naukę. Wiem, że chcieli dobrze, ale efekt był taki, że nie potrafiłam docenić swoich osiągnięć, że zdanie matury na piątkach było czymś oczywistym, dostanie się i skończenie studiów także, prawo jazdy – przecież w dzisiejszych czasach każdy je ma. Potem sama stawiałam sobie coraz to wyższe oczekiwania, a nawet jak już je osiągnęłam, to także było to coś oczywistego. No i tak nie do końca czułam się dobrze z samą sobą, bo niby wszystko mam, a jednak taki wewnętrzny niedosyt. Co się zmieniło, że teraz mogę powiedzieć, że kocham siebie i wszystko co mnie otacza, że jestem szczęśliwa ? Takim przełomowym momentem były zajęcia z pedagogiki na studiach podyplomowych. Kobieta, która wykładała ten przedmiot przypomniała mi, że zawsze chciałam iść na psychologię, więc zaczęłam czytać książki oraz magazyn psychologiczny „Charaktery”. Ta lektura „zmusiła” mnie do myślenia, do pracy nad poczuciem własnej wartości i pokochania siebie w stu procentach. Hmmm… raczej będzie tu na miejscu sformułowanie: ta lektura pokazała mi jak pokochać siebie, świat i ludzi.

No dobrze, a co oznaczy dla mnie pojęcie „kochać siebie” (ale w taki zdrowy sposób z dystansem) ? Przede wszystkim jest to mój stosunek do samej siebie. Najważniejszą rzeczą jest szacunek do siebie i swoich wartości, poczucie własnej tożsamości i godności, odpowiedzialność za siebie, swoje decyzje i wybory, pewność swojego zdania oraz umiejętność jego weryfikacji (w tym przyznawanie się do błędów i dawanie sobie prawa do nich), znajomość swoich zalet, talentów, ograniczeń i słabości. To także dbanie o swoją kondycję fizyczną i psychiczną, czyli o swoje stany emocjonalne, przeżywanie swoich sukcesów i porażek, stawianie sobie realnych wymagań, praca nad sobą i przeżywanie pozytywnych uczuć względem siebie (takich jak sympatia, miłość, duma, zadowolenie, wyrozumiałość). To nie sabotowanie siebie za popełnione błędy, czy za swoje wady, ograniczenia, słabości. Jestem tylko człowiekiem, małą kruchą częścią tego świata. Z jednej strony tylko człowiekiem, a z drugiej strony słowo człowiek niesie ze sobą taką siłę i moc, że śmiem twierdzić, iż właśnie stąd bierze się moja postawa wobec życia. Na co dzień staram się nie marnować swojego czasu, spędzać go aktywnie i podejmować wyzwania, jednym słowem – stawiam na swój rozwój. Oczywiście, pojęcie aktywnego spędzania czasu każdy ma inne, dla jednych to uprawianie sportu, dla innych oglądanie programów przyrodniczych w telewizji – każdy jest inny to i różne jest postrzeganie tego pojęcia. Dla mnie aktywne spędzanie czasu to każda forma zajęć, gdzie mogę coś tworzyć, tworzyć w sensie fizycznym (np. gotowanie, robienie ozdób świątecznych), ale to także świadome tworzenie swojej osobowości, pracowanie nad sobą oraz relacjami z ludźmi. To pogodzenie się z przeszłością, zgoda na teraźniejszość oraz wizja przyszłości. To otwarcie się na nowości, stawianie sobie realnych celów, pozwalanie sobie na błędy oraz na to, że można być w czymś dobrym (ale niekoniecznie najlepszym), dążenie do odnoszenia sukcesów, stawianie sobie jasnych celów, znajomość swoich motywów i intencji postępowania, a przede wszystkim brak manipulacji w relacjach. A skoro już jesteśmy przy relacjach, to w tej kwestii wiele aspektów zrozumiałam i „dopracowałam” w ostatnich latach. Przede wszystkim, uświadomiłam sobie, że korzystanie z pomocy innych i proszenie o nią to nic złego. Kiedyś myślałam, że mogę polegać tylko na sobie, teraz wiem, że dzięki wsparciu moich bliskich mój świat jest prostszy, lepszy. Popracowałam nad asertywnością, wyrażaniem własnego zdania, stawianiem swoich granic oraz dbaniem o swoją autonomię. Staram się tworzyć bliskie relacje (choć nie zawsze jest to dla mnie łatwe), podtrzymywać i pogłębiać je oraz świadomie kształtować. W moim życiu przeważa poczucie spokoju, harmonii i pewności. Stawiam na okazywanie pozytywnych uczuć, przyjmowanie i dawanie pochwał. Nie odcinam się od krytyki, zaczęłam rozróżniać krytykę, która niszczy (nie jest ona warta naszej uwagi bo często jest przeniesieniem frustracji i niezadowolenia innych ze swojego życia na nas) od tej konstruktywnej, dzięki której mam szansę zmienić coś na lepsze w moim życiu poprzez szukanie rozwiązań. Łączy się z tym także umiejętność konfrontacji opinii innych oraz rozróżnianie odpowiedzialności własnej i cudzej. Zdałam sobie sprawę z tego, że każdy z nas (i ja też) ma prawo do przeżywania uczuć, czy reagowania na sytuacje kryzysowe na swój sposób oraz korzystania ze wsparcia. Przyznam, że zdarzają mi się gorsze dni i mam wtedy problem z takimi rzeczami jak konieczność kontrolowania siebie, tworzę dystans, włączają mi się obawy przed przyszłością i bliskimi relacjami. Przeżywam czasem niepewność swoich uczuć (u mnie to akurat poczucie strachu, złości, zawiedzenia – kiedyś nie dawałam sobie na nie przyzwolenia), ale na szczęście nie trwa to długo, wystarczy, że troszkę pogłówkuję. Łapię się na tym, że pozwalam niektórym osobom wzbudzać we mnie poczucie winy czy obowiązku wobec nich. No ale nikt nie jest doskonały. 😉

Niektóre rzeczy z wyżej wymienionych nie były łatwe do osiągnięcia, bo w naszej kulturze jest wiele stereotypów, które to utrudniają. Czasem zastanawiam się dlaczego samoświadomość w naszym kraju jest tak niedoceniana i uczy się nas bycia przeciętnym, takim jak wszyscy, a przecież każdy z nas jest inny i wyjątkowy, każdy z nas jest i ma pełne prawo do bycia sobą.

A co dla Ciebie oznacza kochać siebie? Czym się to przejawia? Kiedy czujesz, że bardziej lub mniej siebie kochasz? I przede wszystkim, co dla Ciebie oznacza kochać świat, ludzi?

P.S. Może będę monotematyczna w wyborze wykonawcy i gatunku muzyki do moich wpisów, ale uważam ten utwór za idealny.

Pozdrawiam Edyta 🙂